We wszystkich armiach świata, w których służą żołnierze z poboru występuje zjawisko „fali”. Nie jest więc niczym szczególnym, że do niedawna panowało ono również w polskim wojsku. Niektórzy znają to pojęcie tylko z teorii, więc postaram się je przybliżyć, ponieważ kiedyś doświadczyłem go na własnej skórze. Łagodną odmianę zjawiska fali przeżył chyba każdy w szkole. Żołnierze starszego rocznika odnoszą się do młodszych żołnierzy mniej więcej tak jak uczniowie starszych klas do uczniów młodszych. Z tym, że w wojsku nie ogranicza się to do przerw między lekcyjnych ale rozciąga się na 24 godziny i wszystkie dziedziny życia.

Do chwili zetknięcia się z falą w wojsku miałem o tym zjawisku dość mgliste pojęcie. Pisałem już o pobycie w ośrodku szkoleniowym w Ustce, tam odbyłem kurs unitarny, tam złożyłem przysięgę i tam wyszkolono mnie na radiotelegrafistę. W Ustce nie było fali, wszyscy w całej jednostce byliśmy młodymi żołnierzami z jednego poboru, zaczęliśmy się ze sobą integrować i zgrywać, wojsko zaczęło się wydawać fajne. Nadszedł jednak w końcu koniec półrocznego szkolenia i musieliśmy opuścić jednostkę robiąc miejsce dla nowego poboru.
Szkolono nas w dużych grupach, które były utworzone tylko dla celów szkolenia, bo przecież żaden okręt ani żadna inna jednostka nie potrzebowała pięćdziesięciu radiotelegrafistów naraz. Tak więc dopiero co zintegrowane oddziały zostały porozdzielane i rozdano nam przydziały na okręty i jednostki rozrzucone po całym polskim wybrzeżu. Miałem trochę szczęścia i dostałem skierowanie razem z drugim kolegą do dużej jednostki na Helu, we dwóch było jakoś raźniej. Jednostką na tyle dużą, że było w niej zapotrzebowanie aż na dwóch radiotelegrafistów z jednego poboru, była kompania kadrowa, którejś tam flotylli.
Właśnie tam na Helu pierwszy raz zderzyłem się ze zjawiskiem fali, bo tam zaczęło mnie ono dotyczyć. W kompani służyło kilkudziesięciu żołnierzy i byli to radiotelegrafiści, sygnaliści, telefoniści, kierowcy i kilku wartowników do obsługi tajnej poczty. Wszyscy pochodzili z trzech poborów – najmłodsi, świeżo po szkółce w Ustce, z półrocznym stażem w wojsku, nazywani byli żagielkami lub baniakami. Pół roku starsi od nich stażem byli wickowie, a najstarsi stażem, pół roku przed wyjściem, to byli dziadkowie. Podobnie było na okrętach z tą różnicą, że mieli więcej roczników, bo służyli 3 lata. Ci z okrętów mówili na nas – szczury lądowe- a my zazdrościliśmy im lepszego żarcia ale nie długości służby. Nosiliśmy takie same mundury ale tych z okrętów łatwo było odróżnić, bo mieli inne buty.
W naszej kompani podział pracy był następujący: dziadkowie nie pracowali w ogóle, wickowie w zasadzie też nie ale oni mieli obowiązki, odpowiadali za utrzymanie porządku na terenie kompani i w miejscach gdzie kompania pełniła służby, nie wykonywali jednak pracy osobiście tylko rękami „młodych”. Łatwo więc zgadnąć, że młodzi byli zawsze wszędzie potrzebni i nie mieli czasu na spanie, jedzenie, czy cokolwiek. Pierwsze dni po zameldowaniu się w jednostce były więc dla mnie niemałym szokiem, gdy nagle zostałem zakwaterowany w 8 osobowej sali jako jedyny baniak. Na mnie spadł obowiązek sprzątania i biegania na posyłki.
Wieczorami często spotykałem innych baniaków w łazience przy karnym sprzątaniu pisuarów lub kabin prysznicowych za pomocą kawałka cegły. Czasami parzyliśmy „hasz” dla dziadków, tak nazywali bardzo mocną herbatę. Przy tej okazji nauczyłem się posługiwać „betoniarką” – oryginalną grzałką do wody, którą można było zrobić z 2 drucików, 2 żyletek, 2 zapałek i kawałka nitki. Wickowie musieli parzyć sobie „hasza” osobiście i czasami przy tej okazji udawało się z nimi niesłużbowo porozmawiać. Dziadkowie nie rozmawiali z młodymi wogóle.
Oprócz naszej kompani było wtedy na Helu kilkadziesiąt innych jednostek i jedna wspólna kuchnia, którą wszystkie jednostki kolejno obsługiwały przy zmywaniu naczyń i obieraniu ziemniaków. Podobne zasady obowiązywały w Ustce ale tam do obierania ziemniaków szliśmy wszyscy – cały oddział. Na Helu było inaczej, obierali ziemniaki tylko młodzi. Na kompani było 7 młodych i dwaj byli zazwyczaj na służbie, na ziemniaki szło nas więc 5 i jeden wicek, który miał nas zaprowadzić i pilnować. Obieranie 6 worków ziemniaków zajmowało nam około 5 - 6 godzin, a więc od 20 do 1 –2 w nocy, a rano normalna służba.





























